Ten zespół to fenomen. Wielokrotnie zmieniał skład, ewoluował i rozpadał się. Od 1976 roku w jego dorobku znalazło się co najmniej kilkanaście wielkich hitów, jeszcze więcej dziwacznych teledysków, a przerysowany wygląd członków zespołu czyni grupę jedną z najlepiej rozpoznawalnych na świecie.
The Cure przypisuje się łątkę zespołu mrocznego, smutnego, depresyjnego, ale ten brak optymizmu jakoś nie wpłynął negatywnie na przyrost fanów. Niezależnie czy grają żywo czy smętnie, The Cure mają w sobie to coś.
Wiele razy zdarzało mi się słuchać ich płyt z różnych okresów. Piosenki najczęściej włączam losowo, ale gdybym miałą wybrać ten jeden konkretny album, który jest moim „naj”, bez wahania wskazałabym na „Disintegration”. Dlaczego?
Hmmmm….
– bo ma wyjątkowy klimat,
– bo są na nim wyjątkowe piosenki, do których wracam znacznie chętniej niż do najsłynniejszej kołysanki z pająkiem w roli głównej,
– bo potrafię go słuchać od początku do końca wiele razy i bez znudzenia,
– bo promujące niektóre piosenki teledyski są jednocześnie absurdalne i dopracowane w każdym calu.
Tylko The Cure mogło grać w tak nietypowej scenerii, w której normą są palmy i śnieżyca. Tylko Rober Smith mógł wymyślić bardzo melodyjną historyjkę o pożerającym go pająku i przewrotnie nazwać piosenkę kołysanką.
Wreszcie tylko The Cure mogło stworzyć zjawiskowy kawałek „Fascination Street” z rozciągniętym do granic możliwości dynamicznym intro, które nieodwołalnie wbija się do głowy, a mimo to wciąż pozostaje jedynie znakomitym wstępem do perfekcyjnej od pierwszego do ostatniego taktu piosenki.
Co jeszcze warto docenić na tej płycie? Na pewno romantyczny ślubny prezent „Lovesong”, lekkie „Picture of you” i dopieszczone „Disintegration”.
***
The Cure koncertują rzadko. Nagrywają jeszcze rzadziej. Ale robią też miłe niespodzianki. Takim oczkiem puszczonym do fanów jest na pewno jeden z koncertów z tegorocznej trasy. W Łodzi.
Na którym pewnie nie zabraknie najlepszych smaczków ze zbieranego latami dorobku. I jak tu nie mówić o melancholijnej jesieni…