Kresy, początek lata, tatarskie akcenty, a do tego rodzinna tajemnica z przeszłości i sielskie otoczenie z pięknym dworkiem pod lasem. Czego można chcieć więcej od lekkiej literatury kobiecej na letnie dni? „Tatarka” Renaty Kosin na pierwszy rzut oka wydaje się być idealna na leniwe poranki, popołudnia i wieczory. A co dzieje się w trakcie czytania?
Historia z zagadką rodzinną z przeszłości to dość popularny motyw w literaturze dla kobiet. W „Tatarce” jest on wykorzystany poprawnie, powieść czyta się lekko, przyjemnie, ale trudno było mi się oprzeć wrażeniu, że można było z niego wycisnąć znacznie więcej. To kolejna historia z potencjałem na fantastyczną powieść. Coś jednak tu nie pasuje.
Główne postaci to reprezentantki trzech pokoleń. Ksenia, najmłodsza z nich, jest sympatyczną studentką, która niestety wciąż nie może sobie poukładać życia uczuciowego. Jej matka, Lena, spokój i szczęście znalazła dopiero w Bujanach przy projektowaniu biżuterii. Babka Honorata z kolei to mieszkająca z nimi aż nazbyt energiczna jak na swój wiek daleka krewna, która zastępuje Lenie prawdziwą babkę. Każda z tych bohaterek ma inny temperament, inne priorytety, zupełnie inne spojrzenie na świat. I właśnie największa wartość „Tatarki” tkwi jak dla mnie w opisie relacji tych trzech jakże różniących się od siebie kobiet. Renata Kosin fajnie zarysowała ich charaktery, tchnęła w nie życie i energię, zgrabnie ukazała silne, a jednocześnie bardzo skomplikowane więzi. Niczego więcej nie trzeba już w nich dodawać.
Niestety nie mogę już tego powiedzieć o rodzinnej historii, którą tak bardzo chce poznać Ksenia. Zapowiedź z tylnej okładki obiecuje co prawda, że Kseni przyjdzie dotrzeć do najpilniej strzeżonych tajemnic, będzie musiała poradzić sobie z licznymi komplikacjami, a pomocny okaże się w tym tajemniczy, ciemnooki tatar, jednak w tym wszystkim brakuje efektu wow, którego można się po tej zapowiedzi spodziewać. Najpilniej strzeżona tajemnica rodzinna, może i jest nietypowa, ale nie na tyle ciekawa, żeby zarwać dla niej noc. Tajemniczy tatar strzela gafę za gafą i z każdą chwilą ma coraz mniej uroku, a znacznie bardziej wyrazista od niego tatarska czarodziejka bardziej irytuje niż dodaje tej powieści magicznego uroku. Zagadka niby stopniowo się rozwiązuje, Ksenia i Lena poznają coraz więcej faktów z przeszłości swoich przodków, ale chociaż im samym przynosi to ukojenie, to już zaspokajanie ciekawości czytelnika nie jest tak satysfakcjonujące, jakby mogłoby być.
Kuleje też jak dla mnie sama konstrukcja. Zabrakło mi w „Tatarce” zwrotów akcji, dynamiki, grających na emocjach zdarzeń, które nie pozwoliłyby mi po prostu odłożyć książki, aż jej nie skończę. Akcja rozwija się dość wolno, nie przyspiesza gwałtownie, a dramatyczny na pierwszy rzut oka finał powieści jest dość zaskakujący, ale tylko dlatego, że właściwie średnio łączy się z resztą opowieści. Jak dla mnie to najsłabszy punkt powieści, a takich niedociągnięć jest w tej książce niestety sporo. Mogło być nieźle, jest lekko i niestety przeciętnie.
W „Tatarce” liczyłam na niezwykły klimat, tatarskie akcenty i ciekawostki, o których nigdy wcześniej nie słyszałam. Dziś już wiem, że będę musiała poszukać ich na własną rękę, a przy okazji być może znajdę inną, ciekawą powieść z zagadką, pięknie zarysowaną, kresową atmosferą, w której wzajemnie przenikają się różne kultury. Taką, która w pełni zaspokoi mój literacki apetyt, uwiedzie i nie da o sobie zapomnieć. Bo właśnie taki potencjał mają w sobie jak dla mnie kresowe, niemal baśniowe opowieści.