Śmierć Komandora, Haruki Murakami recenzja

Śmierć Komandora, Haruki Murakami

Wielu jest autorów, do których książek z miłą chęcią wracam. Z Murakamim jest trochę inaczej. Śmiało mogę powiedzieć, że jestem jego fanką. Zawsze czekam na premiery jego nowych powieści. A jego pięknie wydane przez „Muzę” książki mają już swoją półkę na moim regale. Lubię przekładać je od czasu do czasu, żeby grzbiety tworzyły tęczę albo zaskakiwały nietypowymi połączeniami kolorów. Wiele razy łapałam się nawet na tym, że zastanawiałam się, w jakiej kolorystyce będzie kolejna książka Murakamiego…

Te książki mogłabym już oceniać po okładce. Na szczęście nie muszę i nie chcę. Byłaby to w dodatku duża strata, bo w przypadku Murakamiego okładka to zwykle zaproszenie do atrakcyjnej treści. Nie inaczej jest w przypadku „Śmierci Komandora”.

Na nową powieść Murakami kazał długo czekać. Pikanterii dodał jej fakt, że w Hong Kongu została sklasyfikowana jako książka dla dorosłych i sprzedawana jest tylko osobom pełnoletnim. Atrakcyjność zapewnia fakt, że powieść ma aż 2 tomy. Dzięki temu radość sięgania po książkę jest podwójna, napięcie rośnie, a na kolejną część czeka się jak na drugi sezon dobrego serialu.

Dziś już wiem, że warto było tak długo czekać. „Śmierć Komandora” ma klimat. Murakami niewątpliwie jest w świetnej formie. W swojej najnowszej powieści zawarł wszystko, za co tak go polubiłam (podejrzewam zresztą, że nie tylko ja). Są tu charakterystyczne motywy i miejsca. Jego bohater podróżuje, szuka siebie, tworzy swoje życie na nowo. Jest zaskakująco normalny i bliski. Opowieść zaczyna się jednak w mało sprzyjającym dla niego momencie w życiu. Prośba o rozwód jest dla niego jak kubeł zimnej wody. Życie w pewnym sensie ma się rozpocząć dla niego na nowo. Zanim jednak to nastąpi, wyrusza w podróż przed siebie, żeby jakoś zebrać myśli. Później przyjazną dłoń wyciąga do niego przyjaciel, syn słynnego malarza. Oferuje mu możliwość zamieszkania w domku w górach, w którym od lat mieszkał i pracował jego ojciec. Bohater zgadza się natychmiast.
Inny autor pewnie zrobiłby z tej historii refleksyjno-obyczajową opowieść. Ale nie Murakami. Jak przystało na niego, kiedy wydaje się już, że życie bohatera wraca na swoje tory, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Bohater znajduje na strychu nieznany obraz, który świat uznałby za arcydzieło. Później w środku nocy do jego uszu dochodzą dziwne dźwięki dzwonków, a wkrótce poznaje ekscentrycznego milionera z sąsiedztwa i nie mniej interesującego Komandora.

Dziwne i zaskakujące wydarzenia się mnożą, jedno pociąga za sobą kolejne, a wszystkie razem stopniowo składają się na nieprawdopodobną całość i uchylają furtkę do innego świata. Bardziej skomplikowanego i odrealnionego. Świata, w którym bohater będzie musiał zmierzyć się ze swoimi demonami i fobiami. Ta podróż w nieznany świat prowadzi bohatera do licznych zaskakujących wniosków. Wkrótce odkrywa, że niektórych obrazów lepiej nie kończyć, są miejsca, których lepiej nie poznawać, a możliwości mogą okazać się znacznie bardziej bezpieczne i atrakcyjne od prawdy, której wcale nie potrzeba do szczęścia.

W „Śmierci Komandora” mnóstwo jest niedopowiedzeń. Ale taki jest właśnie urok większości powieści Murakamiego. Bardzo też lubię jego styl pisania. Jest wyjątkowo chłodny, nieskomplikowany, codzienny. Prostymi słowami potrafi opowiadać o ludzkich tragediach, nadziejach i szczęściu. Właśnie dlatego ma tak wyjątkową moc wyrazu.

Za każdym razem szukam też u Murakamiego muzycznych tropów. Na kartach jego książek pobrzmiewają regularnie jazz, muzyka klasyczna, piosenki the Beatles. W „Śmierci Komandora” króluje muzyka operowa, a tytułowa scena śmierci Komandora zaczerpnięta z „Don Giovanniego” ma zaskakująco wiele możliwości interpretacji, które z czasem pomagają bohaterowi lepiej zrozumieć samego siebie.

Lubię takie literackie uczty. Zawsze pozostawiają mnie z przyjemnym uczuciem sytości. Ale z czasem budzą też głód – bo chciało by się czytać takie powieści znacznie częściej.