Polskie książki i filmy o wojnie są patetyczne. Francuzi w opowieści o wojnie wplatają zwykle rzewny romans. Amerykanie z rozmachem kręcą rasowe wyciskacze łez. „Słowika” napisała Amerykanka, a w swoją opowieść wplotła francuską nutkę. Wyszło całkiem nieźle, bo książka odniosła spory sukces, załapała się na miano książki roku w plebiscycie serwisu Lubimy Czytać i zebrała mnóstwo recenzji – tak samo pozytywnych jak i negatywnych. Według mnie to dobrze, bo daje świetne pole do dyskusji.
W bardzo dużym skrócie można powiedzieć, że „Słowik” to opowieść o siostrach, które muszą odnaleźć swój sposób na przetrwanie w ciężkich wojennych czasach. Ciekawiej robi się, kiedy nieco rozwinie się ten wątek. Isabelle i Vianne nie są bratnimi duszami, mają raczej mnóstwo nieprzegadanych i bolesnych tematów z przeszłości i ojca, który nie udźwignął doświadczeń poprzedniej wojny i śmierci ich matki. Tę trójkę łączą wspomnienia, żal za przeszłością, rozczarowanie i gorycz przykryte zasłoną milczenia. Odblokować może je tylko kolejny wstrząs, który coraz bardziej oddalającą się od siebie trójkę może albo zbliżyć albo jeszcze bardziej od siebie oddalić.
Kristin Hannah postawiła na to pierwsze, zagłębiła się nieco w psychikę bohaterów, a przy okazji rzuciła im kilka wyzwań, które pokazały ich z zupełnie innej strony. Zamknięty w sobie i cierpki ojciec zaczyna działać, trochę lękliwa Vianne, która do tej pory kierowała się jedynie dobrem córki odnajduje w sobie siłę do stawiania oporu i opowiedzenia się po stronie tego, co dla niej ważne, a początkowo romantyczna i naiwna Isabelle wdaje się w coraz bardziej niebezpieczne akcje, wielokrotnie narażając własne życie.

Hannah w to wszystko wplotła jeszcze kilka motywów, które zawsze w takich historiach się sprawdzają i świetnie grają na emocjach. Pojawia się kwestia żydowska, motyw osieroconych dzieci, wywózek do obozów, spektakularne ucieczki pod ostrzałem wroga, aresztowania. Jest też dumny Paryż, który bezczelnie zawłaszczyli sobie niemieccy okupanci i – dla równowagi – szlachetny Niemiec, który wprowadza się pod dach Vianne. Wreszcie jest też i miłość, która w „Słowiku” ma mnóstwo odcieni. Czasami jest przyjacielska, czasami siostrzana, czasami matczyna i ojcowska, romantyczna, dojrzała, a nawet zakazana, która nie powinna mieć miejsca.

Czytałam już różne recenzje „Słowika”. Niektóre są dobre, inne złe. Mi powieść się spodobała i dałam się jej ponieść, a dobre wrażenie zostało nawet w kilka tygodni po zamknięciu książki. Hannah nie zostawia właściwie pola dla wyobraźni. Niczego w tej powieści nie trzeba się domyślać, powtarzają się znane motywy, bohaterowie nie są rozdarci wewnętrznie, wiedzą co mają robić i tego się trzymają, a autorka prowadzi swoich czytelników za rękę i po prostu opowiada. To w sumie dobrze, bo zostawia pole dla emocji, przemyśleń, wzruszeń. W pewnym sensie wojna wpływa na bohaterów oczyszczająco, pozwala im wiele zrozumieć, odkryć w sobie nieznane wcześniej pokłady energii, przebudować system wartości, a przede wszystkim zbliżyć się na nowo do siebie i wzajemnie docenić.

To dobre wrażenie, jakie zostawia po sobie „Słowik” mogą chwilowo psuć nieco zbyt naciągane sceny, które mają jeszcze bardziej zagrać na i tak już rozbudzonych emocjach. Średnio wiarygodne są romantyczne spotkanie bohaterów już po wojnie, ukrywanie się o kilka minut za krótko, żeby uratować życie kochanych osób czy wreszcie nieoczekiwane spotkania w obozach, kiedy nie liczyło się już na zobaczenie znajomych twarzy. Ale nawet z tymi wszystkimi podkoloryzowanymi scenami, które jeszcze bardziej budują napięcie, „Słowik” to niezła wojenna książka, którą można szybko wciągnąć, zamyślić się nad nią, a potem odłożyć na półkę z uczuciem, że czas na lekturę nie był czasem zmarnowanym.

„Słowika” otwiera i promuje jedno bardzo mocne stwierdzenie: „Miłość pokazuje nam, kim chcemy być. Wojna pokazuje, kim jesteśmy.” Chociaż nie znalazłam w całej powieści innego, równie mocnego tekstu, to już te dwa zdania same w sobie zachęcają do czytania, nie dają o sobie zapomnieć, a książce stawiają wysoko poprzeczkę. Znam różne książki, które kończą się właściwie po takim pierwszym, mocnym stwierdzeniu i niczego nowego nie wnoszą. „Słowik” zdecydowanie do nich nie należy.

***
Lata wojenne mają w sobie coś szczególnego. Chociaż to niewątpliwie trudne czasy, a codzienna walka o przetrwanie to rzeczywistość, to jednak w wojennych fotografiach znaleźć można coś jeszcze. Twarze przedstawianych na nich ludzi mają w sobie jakiś wyjątkowy blask, spojrzenia jasność, a ubrania zadziwiającą szlachetność i elegancję. To te czasy, kiedy moda nie była jeszcze udziwniona przez sezonowe trendy, ubrania miały służyć możliwie najdłużej, kobiety nosiły sukienki, a mężczyźni wojskowe płaszcze, długie oficerki i mundury. To wreszcie dokładnie te czasy, kiedy hitlerowcy nie przestraszyli Coco Chanel, a wciąż najsłynniejsza dziś projektantka mody nadal mieszkała w Paryżu i projektowała dziś już kultowe i ponadczasowe ubrania.

Zestaw, który przygotowałam z myślą o „Słowiku” ma w sobie właśnie coś z tych klimatów. Bazą jest delikatna, pastelowa koszula ze stójką zestawiona ze spodniami w kolorze dojrzałej śliwki. Militarnego charakteru stylizacji dodają granatowy płaszcz z pagonami na ramionach i torba w odcieniu wojskowej zieleni. Do kompletu dodałam buty na szpilce, które sprawdzają się zawsze i wszędzie. Klasyka gatunku, ale w trochę unowocześnionym wydaniu.