Pamiętam, jak kilka lat temu znalazłam pod choinką „Miniaturzystkę”. Pamiętam, że na okładce było zdanie, że to jedna z tych książek, dzięki którym zakochujemy się w czytaniu. I pamiętam jak zauroczyła mnie ta powieść.
Klimatyczna i niezwykła, na wskroś kobieca. Miała w sobie niezwykłą siłę, trzymała w napięciu, do samego końca była jedną wielką zagadką i niespodzianką.
Jakiś czas później w księgarniach wśród nowości hitem stała się „Muza”. Druga książka Jessie Burton. U mnie nie doczekała polskiej premiery, bo tak nie mogłam już wytrzymać, że zdobyłam wersję angielską i z każdą stroną pożerałam ją coraz zachłanniej.

Po „Miniaturzystce” Jessie Burton wysoko ustawiła sobie poprzeczkę. Bardzo wysoko. Ale nie na tyle wysoko, żeby sobie z nią nie poradzić. Burton ma wyjątkowy talent do snucia opowieści, opowiadania wyjątkowych historii, tworzenia niepowtarzalnego klimatu. Nie wpadła też w pułapkę, w którą wpada wielu współczesnych twórców. Nie napisała drugi raz podobnej historii. Nie zmieniła imion bohaterom. Wybrała zupełnie inny temat, inny okres historyczny, inną formę, ale zachowała w „Muzie” to typowe dla niej kobiece spojrzenie.
„Muza” to powieść zagadka. Początkowo to dwie, opowiadane równolegle historie, które jednak z czasem zaczyna łączyć coraz więcej punktów. Pierwsza umiejscowiona jest w jesiennym Londynie w latach 60. ubiegłego stulecia. Druga o trzy dekady wcześniej w słonecznej, ale niespokojnej już Hiszpanii. Szara metropolia kontra letnia prowincja. Z jednej strony deszczowa codzienność, a z drugiej pożary, wybuchy i rodzące się na oczach bohaterów piekło.

A w tym wszystkim sztuka. Pisana, malowana. Niezwykła. Na najwyższym poziomie. Tworzona przez kobiety, które wbrew opiniom ówczesnych, też miewają niezwykłe talenty.
Akcja w „Muzie” pięknie się rozwija. Spokojnie, majestatycznie, zagadkowo, z czasem nabiera coraz większego tempa, a pod koniec pędzi jak oszalała, staje się coraz bardziej dramatyczna. Zakończenie „Miniaturzystki” było dla mnie totalnym zaskoczeniem. W „Muzie” domyślałam się końca. Może historia była mniej skomplikowana, a może nauczona „Miniaturzystką”, sama zaczęłam snuć te najbardziej niezwykłe scenariusze. A może jedno i drugie. Ale w żaden sposób nie zmniejsza to wartości powieści.

Polubiłam postaci tej książki. Nie wszystkie są sympatyczne. Nie wszystkie byłam w stanie zrozumieć. Niektóre potrafiły mnie mocno zaskakiwać aż do samego końca. Ale i tak zdecydowanie najbardziej uderzyła mnie relacja kobieta-artystka a mężczyzna. I fakt, jaką talent daje kobiecie niezwykłą siłę i moc do działania i tworzenia. Bo zarówno Olive z hiszpańskiej części powieści i Odelle z londyńskiego wątku pokazują, że w tym co robią, nie tylko nie są gorsze od mężczyzn, a wręcz przeciwnie. Obie jednak chcą tworzyć w tajemnicy, dla siebie, dla świata musi je odkryć osoba trzecia. Paradoksalnie dzieła obu przedstawione są szerokiej publiczności pod męskim imieniem i nazwiskiem. W przypadku Olive, tak zostaje na jej życzenie. W przypadku Odelle decyduje błąd edytorski.

„Muza” byłaby znakomitą książką na wiele okazji. Jest gruba. Epicka. Wciągająca. Ma swój klimat. Pozwala się zanurzyć w zupełnie innym świecie. Przez takie książki jak ta nie tylko zakochujemy się w czytaniu. Odczuwamy też nieprzebrany smutek, że mimo swojej dużej objętości tak szybko się kończą.
Teoretycznie, żeby stworzyć stylizację do “Muzy”, mogłam pójść na łatwiznę i odtworzyć jeden z zestawów, który miała na sobie matka głównej bohaterki. Burton zawsze starannie ją opisywała, pokazywała jako zjawiskową piękność niczym wyjętą z kolorowego magazynu. Chciałam jednak uchwycić klimat “Muzy” w inny sposób. Powieść czytałam już jakiś czas temu, a najbardziej w pamięci utkwiły mi nie tyle akcja i historia (to również), lecz intensywne kolory farb, po które sięgała Olive, malując swoje kolejne, genialne obrazy. Dlatego właśnie kolory stały się jak dla mnie podstawą do stworzenia stylizacji inspirowanej “Muzą”. Ograniczyłam się do dwóch – duetu stonowanego granatu i bardzo intensywnej zieleni. Klasyczna, koszulowa bluzka w granatowym kolorze fajnie się sprawdza nawet przy bardziej formalnych okazjach. Tu nieco złagodziłam jej charakter asymetryczną spódnicą, z oryginalnym z przodu. Do kompletu dorzuciłam granatowe dodatki – torebkę i sięgające za kostkę botki z ozdobnym wiązaniem.

Całość jest na tyle prosta, że daje dojść do głosu mocnym kolorom, a fasony ubrań z powodzeniem wpisują się w styl bohaterek z londyńskiej części powieści. Ten zestaw jest nie tylko elegancki, ale przede wszystkim wygodny i to jak dla mnie klucz do tworzenia stylizacji, w których mogę naprawdę dobrze się poczuć.