O Danii nigdy nie marzyłam. Zawsze wypadała blado na tle norweskich fiordów. Była śmiesznie mała w porównaniu z fińskimi pojezierzami. Ale jednak coś we mnie drgnęło. Do samego hygge bardzo długo nie mogłam się przekonać. Ale Dania zaczęła mi się wydawać ciekawa, kiedy sięgnęłam po książkę „Skandynawski raj” Michaela Botha, a potem po kolei zaczęłam sprawdzać pozostawione przez Botha duńskie tropy.

Najpierw był szał na serial „Rząd”, w którym znalazłam wszystko, czego brakuje mi w „House of cards”. Potem urzekły mnie duńskie wzornictwo i moda i wreszcie sięgnęłam nawet po książki o hygge, chociaż obiecałam sobie wcześniej, że nie będę sięgać po pozycje sztucznie promowane przez specjalistów od marketingu.
I stało się. Jak Dania była dla mnie jeszcze niedawno mało atrakcyjna, tak w tym roku dopisałam Kopenhagę do obowiązkowych miejsc, które muszę zobaczyć w trakcie wakacji. I wcale nie wypadła blado na tle fiordów.

Po Kopenhadze mogłabym chodzić godzinami. I to jedno z tych niezwykłych miejsc, które ma w sobie tak dobrą, mocno wyczuwalną pozytywną energię, że aż chce się tam zamieszkać. Atrakcje to mocny wabik. Christianborg robi niesamowite wrażenie. Nie można się znudzić, zwiedzając kopenhaskie zamki. Wspaniałe są duńskie ulice, z kamienicami przystrojonymi kwiatami i flagami, z setkami rowerów. Kopenhaga jest europejską stolicą, ale nie poczułam tam jakoś presji, stresu, pośpiechu tak typowych dla dużych miast.

W Kopenhadze jest sympatycznie. Modnie. To miasto rozbudza kreatywność. Długo mogłabym patrzeć na wystawy sklepów meblarskich. Co chwilę analizowałam styl ubierania spotykanych na ulicy osób i co rusz w myślach powtarzałam sobie „wow”.

W Kopenhadze spędziłam jeden dzień. Kilka wspaniałych godzin. Zatęskniłam za nią szybko, bo już kilkanaście kilometrów po wjechaniu na autostradę, która miała prowadzić mnie prosto do domu.

W pamięci zostało mnóstwo pięknych obrazków, a na komputerze bajecznie kolorowe zdjęcia. Nyhavn. Amalienborg z królewskimi bibliotekami. Urocze ulice, niby zabytkowe, niby wielkomiejskie, ale jakieś takie przytulne i sympatyczne…

Lubię takie nieoczekiwane fascynacje podróżnicze. To jak znalezienie skarbu. Wskoczenie w marzenie, zanim zdążyło się je zamarzyć. Mojej Kopenhagi nie zepsuła wyobraźnia. I bardzo dobrze. Chociaż z drugiej strony pojęcia nie mam, jak można by było wyobrazić sobie to miejsce lepszym i ciekawszym, niż jest w rzeczywistości.