Jakiejkolwiek drogi w zachodniej części Norwegii się nie wybierze, można liczyć na dużo zakrętów, roboty na drodze, płatne odcinki i zupełnie przy okazji piękne widoki.

Raz z prawej, raz z lewej, z tyłu i z przodu niemal zawsze jest jakiś malowniczy fiord, górka, las albo brzeg z łodziami.
Wodospady trudno zliczyć. Jest ich tak wiele, że można uchwycić po kilka na jednym zdjęciu.

Ale od czasu do czasu warto oderwać się od ziemi i wybrać się nie tylko w góry, ale i w rejs, żeby fiordy obejrzeć z zupełnie innej perspektywy. To nic, że drogo. Taka wycieczka to akurat tak samo mocne przeżycie jak koncert giganta rocka dla mas. Tylko zupełnie inne.

Rejsy po fiordach organizowane są w Norwegii z różnych miejsc. Mi przyszło popływać po bajecznym Lysefjordzie. Statek startował w pięknym Stavanger, a na trasie miał dziesiątki górek i pagórków, na których co rusz pokazywały się jak malowane norweskie domki, tzw. hytte.

Tym najważniejszym, a na pewno najlepiej rozpoznawalnym punktem było Preikestolen, które zupełnie inaczej wygląda z bliska, wysoko, pod niebem, a zupełnie inaczej oglądane z poziomu wody, na tle błękitnego nieba.

Płynąc przez Lysefjord, trzeba bardzo mocno zadzierać głowę, a wielka „ambona” jest tylko niewielkim punkcikiem na obłędnie wysokiej i niemalże płasko wpadającej do wody skale. Taka duża, taka znana, a tak niepozorna na tle innych, monumentalnych widoków.

Ceny rejsów po Lysefjord z polskiej perspektywy do tanich nie należą. Ale te wycieczki warte są każdej ceny. Zresztą co rusz można poczuć, że otrzymało się usługę klasy premium. Na pierwszym planie są rzecz jasna widoki, ale Norwegowie świetnie zadbali o turystyczną otoczkę.

Pływać można na górnym pokładzie, mieć wszystko na wyciągnięcie ręki, czuć wiatr we włosach, a na skroniach krople wody z napotykanych po drodze wodospadów. Można też zejść niżej, usiąść, odpocząć i patrzeć na widoki przez szybę.

Przy najciekawszych punktach na trasie do widoków dobrana jest oprawa muzyczna, głównie najbardziej rozpoznawalne fragmenty z utworów Griega. Jest też turystyczny niezbędnik – odtwarzane na każdym rejsie nagranie z turystycznymi ciekawostkami o Stavanger, Lysefjordzie i najciekawszych punktach na trasie. Oczywiście w kilku językach.

Podczas wyprawy do Norwegii przechodziłam kilka różnych etapów „aklimatyzacji”. Najpierw było wielkie „wow”. Automatycznie wyciągałam aparat i cykałam zdjęcia prawie non-stop. Potem zaczęłam odpuszczać albo nieco uodporniłam się na wszechogarniające piękno.

Teraz z perspektywy czasu zaczynam oceniać, która z atrakcji podobała mi się najbardziej.
Rejs po Lysefjord to akurat moja absolutna czołówka.
