Miłość. Tropiki. Pasja.
Trójka antropologów: Australijczyk, Anglik i Amerykanka.
A do tego szczypta mody w wakacyjnym wydaniu. Tak w kilku słowach można streścić „Euforię”. I już po tych kilku słowach łatwo się domyślić, że coś wisi w powietrzu. Romans? Melodramat? Nieodparte emocjonalne i intelektualne przyciąganie?
A może wszystko jednocześnie?
Lily King ma niesamowity talent do tworzenia namacalnych wręcz światów. W „Euforii” poznajemy Nową Gwineę z lat 30. ubiegłego wieku, plemiona znad rzeki Sepik, czasy tuż po wielkiej wojnie i tuż przed kolejną, jeszcze straszniejszą, która zaangażowała „plemiona” z całego świata. Antropologia dopiero się wtedy rodziła, a pierwsi jej badacze do dziś są ikonami i legendami na światowych uczelniach. Powieściowa Nell Stone ma swój pierwowzór. Jest nim amerykańska antropolog Margaret Mead – wyrazista, utalentowana, wnikliwa, a jednocześnie niezależna i w wielu kwestiach kontrowersyjna.

Mead to tylko jeden z przykładów na to, że życie badacza i naukowca wcale nie jest nudne, a pogoń za prawdą ma w sobie romantyczną nutę i przypomina niemal detektywistyczną opowieść. King wykorzystała jednak tylko niektóre wątki z jej życia, a na ich kanwie stworzyła prawdziwie elektryzującą, wciągającą, zapadającą głęboko w pamięć historię.
W pierwszej kolejności historia z „Euforii” skojarzyła się mi się z klimatem „Angielskiego pacjenta”. Ma w sobie też coś z przygodowych opowieści o poszukiwaniu skarbów, bo w końcu na kartach książki pojawia się magiczny flet. Szalenie sugestywne są też opisy, które czytało mi się z wyjątkową przyjemnością. Nieomal słyszałam brzęczenie owadów, czułam ciężkie, parne powietrze i pot zbierający się na czole… A tymczasem to dopiero zaproszenie do niesamowitego świata „Euforii”.

Kiedy tylko przeczytałam „Euforię” od razu uruchomiłam przeglądarkę i poszukałam biogramu Margaret Mead. King była dla niej wyjątkowo łaskawa. Dała jej młodość, urodę i głęboki psychologiczny rys. Uczyniła jednocześnie silną i delikatną.
Nic dziwnego, że głowę stracili dla niej dwaj inni badacze, jakże od siebie różni, a jednak tak samo zafascynowani i jednocześnie przytłoczeni jej osobą.
King doskonale oddaje ten nastrój, buduje napięcie, pokazuje chemię między całą trójką, tęsknoty, chwile porozumienia, gwałtowne kłótnie, momenty namiętności i wyciszenia. Jednocześnie prowokuje i zadaje mnóstwo ważnych pytań, które, chociaż akcja „Euforii” toczy się niemal sto lat temu, wcale nie tracą na aktualności.

King pokazuje oblicza ludzkiej chciwości, „prymitywizm” plemion zestawia z zepsuciem świata Zachodu, który rości sobie prawa do rządzenia, układania życia na nowo, nazywania tego, co wartościowe i nie.
Na kartach powieści widzimy tubylca, który nie rozumie, co to znaczy plemienny konflikt o światowym zasięgu i miliony bezimiennych ofiar.
Ludy, które wierzą, że potrafią wywoływać deszcz.
Papuaskie kobiety, które doskonale rozumieją, czym jest niczym nieskrępowana radość.
Tęskniące i cierpiące matki.
Smutek, który po śmierci bliskich każe obcinać palce.

A w to wszystko wrzuceni są zdolni, marzący, ambitni antropolodzy, którzy z pasją pracują, szukają odpowiedzi, obserwują, próbują zrozumieć i odkryć to, co jest dla nich obce i nieznane. Sami pokaleczeni, skrzywdzeni, cierpiący, tęskniący, w jakiś sposób samotni, rzuceni gdzieś na drugi koniec świata.
„Euforii” nie da się po prostu opowiedzieć. Nie wystarczy jej raz przeczytać. Ją trzeba poczuć, żeby zrozumieć i pokochać. Uwielbiam takie energetyczne, inspirujące książki, które przypominają, że chociaż życie czasami boli, rzuca na kolana i zadaje ciosy, to mimo wszystko fascynuje, uzależnia, przytłacza swoją złożonością i wciąż jeszcze niezrozumiałym dla nas pięknem.

Takie powieści jak „Euforia” nieodmiennie kojarzą mi się z jednym stylem znanym jako safari. Modny był dekady temu, co sezon wraca na wybiegi, genialnie sprawdza się w kolekcjach na wiosnę i lato, a w dodatku zasłużył już sobie na miano klasyki. Trudno go nie lubić. Jest jednocześnie praktyczny i wygodny, elegancki, a ze względu na pełną paletę jasnych barw rewelacyjnie sprawdza się również albo przede wszystkim w upalne dni. Styl safari to przede wszystkim beże, brązy, biele i rozbielone szarości, przygaszone odcienie zieleni, brudne błękity i róże. To również bardzo charakterystyczne fasony. W styl safari fantastycznie wpisują się kapelusze, lekkie kurtki z dużymi kieszeniami, wygodne spodnie i praktyczne koszule. Właściwie męskie, ale chętnie wybierane również przez kobiety, które nietypowo, po męsku dosiadały koni, pływały łodziami z tubylcami albo spacerowały po dżungli. I wreszcie, styl safari to również materiały. Naturalne, przewiewne lny, lekkie bawełny, skórzane dodatki.

Nell Stone z „Euforii” wyobrażałam sobie w różnych stylizacjach. W lnianych spodniach, szerokich koszulach z podwiniętymi aż po łokcie rękawami, letnich sukienkach. Z powieścią mocno kojarzy mi się też zwiewna, bardzo lekka bluzka w kolorze pudrowego różu, z szerokimi rękawami, wiązana w pasie na kokardę. Wiele lat temu kupiłam ją w sklepie Solar i do dziś nie przestała mi się podobać. Do kompletu dodałam czekoladową, rozszerzaną ku dołowi spódnicę, słomkowy kapelusz przewiązany szalem, ciemne okulary i chanelki – jasne baleriny z czarnymi noskami. Czasy „Euforii” to w końcu również ten okres w dziejach mody, kiedy Coco Chanel zaczęła sprzedawać słynny zapach Chanel No. 5, projektowała swoje pierwsze małe czarne sukienki, ubrania z dżerseju, lekkie kapelusze i charakterystyczne, eleganckie, praktyczne i wygodne buty, na których ciemnych noskach nie było widać zabrudzeń.
Potem wzięłam jeszcze tylko dużą walizkę, spakowałam codzienne drobiazgi, letnie ubrania i oczywiście książki, które w wakacje smakują równie dobrze jak soczyste, słodkie i dojrzewające na słońcu letnie owoce. I ruszyłam naprzeciw kolejnej przygodzie.
A Zobacz również inne wpisy z cyklu “Fragmenty ubrane”:




