Nie ma bardziej epickich historii jak te o dramatycznych upadkach albo dźwiganiu się z popiołów upadłych aniołów. Naiwnych, szlachetnych i pięknych, których jedyną winą było to, że znalazły się w nieodpowiednim czasie, w nieodpowiednim miejscu i nawiązały znajomość z nieodpowiednimi osobami.
Lubię te pozytywne historie. „Pretty woman” to taki nasz babski Kopciuszek „dla dorosłych”. Temat prostytucji wziął swego czasu na warsztat chyba największy optymista w literaturze, Paulo Coelho, który od lat opowiada tę samą historię, jedynie zmieniając imiona bohaterów.
Równie smutną, chociaż zupełnie inną historię opowiedziała Waris Dirie w „Kwiecie pustyni”.
Każda z tych opowieści ma dobre zakończenie. Gdzieś uśmiechnął się los, pojawił się życzliwy człowiek, wiele dobrego zdziałał własny upór. Trochę jak w bajce, która może zdarzyć się w życiu, ale bardzo rzadko.

Bo najszczersze chęci, najbardziej ambitne marzenia, szlachetne plany i pełne uporu starania to czasami, a może często?, za mało. I właśnie takie historie mają dla mnie swój niepowtarzalny urok. Nie są szczęśliwe, ale potrafią ukazać piękno człowieka, całą paletę emocji, złożoność charakteru. Są trochę jak test własnej wrażliwości. Z jednej strony wzruszają, z drugiej pozwalają docenić to, co już się ma, jednocześnie budzą współczucie i motywują do pozytywnych działań, na których może skorzystać ktoś jeszcze. I wreszcie każą zadawać sobie pytanie „Dlaczego?” zamiast od razu oceniać. Jak nic innego takie właśnie historie potrafią pokazać, że nie ma prostych odpowiedzi, a życie jest znacznie bardziej złożone, nim może się nam wydawać.

Właśnie taką perełką jest dla mnie „Fatamorgana”. Historia o czterech kobietach z Afryki, które miały marzenia, chciały o nie zawalczyć, próbowały różnych sposobów, aż w końcu świadomie lub nieświadomie, ale zawsze tylko tymczasowo, zaczęły zarabiać własnym ciałem, którego ciemna barwa działa na zmysły Europejczyków jak magnes.
Dla każdej z bohaterek „Fatamorgany” prostytucja to środek, ostateczna szansa na lepsze życie, po wypróbowaniu wszystkich innych możliwości, zaciskaniu zębów, mimo starań i wysiłków. Bo jak się okazuje dobrego życia w Afryce nie są w stanie dać dobre wykształcenie, uczciwy mąż, miłość, która jednak nie może poradzić sobie z przeciwnościami losu. Wszystko, co teoretycznie powinno stać się przepustką do szczęścia i dodawać skrzydeł, jedynie pogrąża i pcha do coraz bardziej dramatycznych wyborów.

Chika Unigwe fenomenalnie buduje postaci. Są jednocześnie kruche i wrażliwe, ale też porażająco silne. Bo co jak co, ale niemałej odwagi trzeba, żeby wyrwać się na drugi koniec świata, zerwać z tradycją, odważyć się żyć po swojemu, a przy tym ochronić samą siebie. Tym bardziej, że początek tej nowej drogi każe bardziej załamywać ręce nic iść do przodu. Może jednak kobiety u Unigwe podświadomie wiedzą, że nie ma już drogi odwrotu. Zaciskają więc zęby, robią swoje, na jakiś czas wyłączają się z życia, żeby tym szybciej rozpocząć je na nowo. W lepszy, bardziej niezależny i piękniejszy sposób.

W „Fatamorganie” najbardziej poruszające są te ucieczki bohaterek od siebie samych i chwilowej rzeczywistości, w której mają rolę do zagrania.
Te ucieczki pozwalają im na trochę odetchnąć, nakarmić siebie dobrymi myślami, podtrzymać żar coraz słabiej tlących się w ich głowach marzeń i na nowo wzniecić płomień. Każda z bohaterek Unigwe robi to na inny sposób. Jedna ma swoje samotne krzesło, z którego patrzy ma pustą ścianę. Inna wyrywa się na spacery po mieście albo wciela się w rolę bogaczki, odwiedza butiki i salony jubilerskie belgijskiej Antwerpii, opowiadając sprzedawcom zmyślone historie i kreując siebie na swój własny kobiecy ideał, jakim zawsze chciała być.

Niektórym udaje się rozpocząć życie na nowo, jedna kończy tragicznie, chociaż wydaje się, że to do niej ostatecznie najszerzej uśmiechnął się los. Pozory jednak mylą, a szczęście jest bardziej ulotne niż może się wydawać. Dawno żadna książka nie poruszyła mnie tak mocno jak właśnie „Fatamorgana”…
Długo się zastanawiałam czy „Fatamorgana” nadaje się do mojego cyklu. Nie wiedziałam, jakie ubrania do niego wybrać, aż w końcu olśniło mnie. Punktem wyjścia były dla mnie właśnie te „ucieczki” bohaterek do lepszego świata, w którym są takimi kobietami, jakimi zawsze chciały być. Samodzielnymi, niezależnymi, odnoszącymi sukcesy. Tu już wybór był prosty. Klasycznie pojmowana kobiecość idzie w parze zwykle z takimi wartościami jak elegancja, wrażliwość, siła połączona z delikatnością, subtelność, słuchanie głosu serca i intuicji. Ma też swoje atrybuty tak jak król ma berło i koronę. To szpilki, zwiewne materiały, kobiece kolory. I według mnie wcale nie musi się to kłócić z tym, o co od lat walczą kobiety.

Właśnie taki kobiecy, elegancki zestaw stworzyłam z myślą o „Fatamorganie”. Zwiewną koszulę z kopertowym dekoltem połączyłam z cygaretkami w intensywnym czerwonym kolorze – chyba najbardziej namiętnym z całej palety barw – kolorze kobiecości i miłości. Całość uspokoiły czarne szpilki i karmelowy płaszcz.
Tak też ubrałaby się ta „idealna” kobieta w mojej głowie. Wciąż jeszcze odległa. Ale dzielnie zbliżam się do niej bardzo małymi kroczkami. Z każdym dniem coraz bardziej.