Równie hipsterskiej (oczywiście w pozytywnym sensie) książki jeszcze nie czytałam. Jest przerażająco gruba (877 stron), właściwie niedostępna w księgarniach (swój egzemplarz znalazłam na serwisie aukcyjnym), w dodatku napisana przez węgierskiego autora, o którym w Polsce mało kto słyszał.
Ale sama już tematyka zdecydowanie bardziej zachęca do czytania. „Czarownica z Funtinel” to taki trochę powrót do przeszłości. Chociaż powieść została wydana w latach 50. ubiegłego stulecia, to jej akcja cofa się znacznie dalej – do XIX wieku, kiedy dopiero zaczęła upowszechniać się kolej, nie było elektryczności, a ludzie siłą rzeczy byli bliżej natury niż nam kiedykolwiek dane będzie żyć. Wass wybrał do swojej powieści też bardzo urokliwą miejscówkę – dzikie krajobrazy gdzieś w Karpatach, z bujnymi lasami, imponującymi szczytami, halami z pasącymi się na nich owcami i małymi wioskami rozsianymi u podnóża imponujących gór. Tylko gdzieś w tle pojawiają się Budapeszt, Paryż i Rumunia.

„Czarownica z Funtinel” to w dużej mierze poetycka opowieść o przyrodzie, której opisom Wass poświęca mnóstwo miejsca. W kolejnych rozdziałach zmieniają się pory roku, szemrzą strumyki, rwą potoki, szumią drzewa, śpiewają ptaki, co rusz pojawiają się dzikie zwierzęta, a bohaterowie tej książki pięknie wtapiają się w ten magiczny, naturalny, a jednak zupełnie obcy i praktycznie niedostępny już nam krajobraz. Wiele razy ogarniała mnie nostalgia i dziwna tęsknota, kiedy tytułowa czarownica przemierzała leśne ścieżki, krzątała się wokół domu, szukała schronienia przed burzą, rozmawiała ze swoimi leśnymi przyjaciółmi. Wiele razy zdarzało mi się jej tego zazdrościć, ale jeszcze częściej współczuć, bo na pierwszy rzut oka jej sielskie życie niczego wspólnego, poza przyrodą, z sielskością nie miało.

Dziś do powieściowej Nucy idealnie pasowałaby metka outsiderki, samotniczki żyjącej na uboczu, z dala od ludzi i na własnych zasadach. Chociaż jednak odseparowana, to nie oszczędziły jej ludzkie języki, aż za dobrze poznała ludzi z ich najgorszej strony. Nuca jest jak dzikie, dobre i szczere dziecko natury z sercem na dłoni, dla którego nie ma już miejsca w coraz bardziej „cywilizowanym” świecie.

„Czarownica z Funtinel” nie byłaby jednak tak wyjątkowa, gdyby nie baśniowy wątek, który powieści dodaje uroku i magii. Książkowa Nuca ma silny charakter, zdana praktycznie tylko na siebie doskonale sobie radzi, wyrasta na silną, mądrą kobietę, która rozpala męską wyobraźnię, a wśród innych kobiet budzi tylko zazdrość i niechęć. Już samo to wystarczyło, żeby zrobić z niej czarownicę. Nuca jednak jest nią naprawdę. Może zaglądać w przyszłość, zawładnąć myślami innych, odczytać ich przeszłość przez jedno spojrzenie w oczy. Jest też z góry skazana na samotność, bo zgodnie z przepowiednią, mężczyzn, którzy będą chcieli się do niej za bardzo zbliżyć, czeka śmierć. Śmiałkowie, którzy odważyli się podglądać Nucę w kąpieli, kradli jej całusa, wpraszali się na noc, szybko żegnali się z życiem. Zasztyletowani, przywaleni przez drzewa, mordowani przez leśnych rozbójników. A Nuca z upływem lat zdobywała sobie i przyjaciół i wrogów, przyjmując to, co daje jej raz skąpy, a innym razem hojny los.

Wass dosłownie odmalował swoim czytelnikom świat, którego już nie ma, stworzył piękną, baśniową rzeczywistość, która powoli zaczyna ustępować miejsca temu, co nowe i niebezpieczne. Zadbał też o to, żeby przenieść czytelników w czasie. Już w samej warstwie językowej czuć, że bohaterów powieści i jej czytelników dzieli przepaść. Prości, szczerzy ludzie z książki czasami zaskakują naiwnością, ale jednocześnie budzą też sympatię. Są też odmalowani tak, że wystarczy zamknąć oczy, żeby po prostu ich zobaczyć jak żywych. W kierpcach, kożuchach, futrzanych czapkach, z dobrotliwym uśmiechem na twarzy, regularnie wyglądających okazji, żeby wypić trochę palinki.

Czytanie „Czarownicy z Funtinel” to jednak mimo wszystko spore wyzwanie. Kocham grube książki i uwielbiam klasykę, ale tę powieść czytałam z przerwami na inne książki, czasami czytałam tylko po kilka stron, a czasami w szalonym tempie wchłaniałam od razu po kilkadziesiąt albo więcej stron. Bo „Czarownica z Funtinel” potrafi też mocno wciągnąć, a zanurzenie się w opisany w niej świat jest wyjątkowe przyjemne i pozwala się naprawdę zrelaksować. Może w tym właśnie tkwi sekret tej powieści i jej wysokich ocen. Z tego samego powodu ja sama też bardzo miło ją wspominam i bardzo możliwe, że jeszcze zechcę do niej wrócić.

Albert Wass książkową Nucę ubierał w haftowane serdaki, góralskie spódnice, ciepłe kierpce i kożuchy, czasami wkładał na jej głowę wianek z polnych kwiatów. Tradycyjnie już jednak we „Fragmentach Ubranych” nie będę tworzyć stylizacji z epoki, tylko zaproponuję coś znacznie bardziej współczesnego, nawiązującego do klimatu powieści. Po co sięgnęłam tym razem?

Najważniejsze były dla mnie tym razem kolory. Naturalne, leśne, intensywne, ale jednocześnie spokojne i trochę przygaszone. Bazą jest sukienka w śliwkowym kolorze, dla kontrastu dodałam ciemnozielony szal z frędzlami, a do kompletu dorzuciłam jeszcze mój ulubiony płaszcz, w ciepłym, karmelowym kolorze. To zaledwie trzy elementy, a jednak trudno było mi do nich dołożyć coś jeszcze, żeby nie mieć wrażenia, że to już za dużo. Chociaż pewnie właśnie w tym tkwi największa siła tego zestawu.