Kiedy czytam ostatnią stronę takich książek jak „Cień góry” Gregory’ego Davida Robertsa, zawsze ogarnia mnie bezbrzeżny smutek. Że to już koniec, że trzeba się obudzić i wrócić do rzeczywistości. Tym razem jednak wiedziałam się na co się porywam. W końcu to kontynuacja powieści „Shantaram”, która dosłownie rzuciła mnie na kolana i pochłonęła bez reszty dobrych kilka lat temu. Nie sądziłam, że dane mi będzie przeczytać jej ciąg dalszy. A jednak po latach się pojawił, a powieść po raz kolejny w magiczny sposób przeniosła mnie do Bombaju.

„Shantaram” dosłownie wgniótł mnie w fotel. Przy „Cieniu góry” nie odczułam już tego gigantycznego wow, ale po części dlatego, że wiedziałam, czego mogę się spodziewać, a poprzeczkę tej książce postawiłam wyjątkowo wysoko. Mija kilka dni, od kiedy odłożyłam „Cień góry” na półkę. Nie przeczytałam go w rekordowym tempie, ale jak na pozycję tej wielkości (800 stron w niestandardowym, większym niż typowo formacie i dość ciasno zadrukowaną tekstem) kilka dni to i tak imponujący wynik.

Długo nie musiałam czekać, żeby z kart tej książki znów dobiegł mnie gwar Bombaju, żebym poczuła na sobie gorące powietrze, wychwyciła zapachy egzotycznych przypraw i wyobraziła sobie intensywne, typowe dla Indii kolory. Hipnotyzujący swoją energią Bombaj to jednak tylko jeden z licznych bohaterów „Cienia góry”. W tej książce powraca też stara, dobra ekipa znana z „Shantaram”. Lojalni gangsterzy, typy spod ciemnej gwiazdy i wyrzutki społeczeństwa, którzy w Bombaju znaleźli swój nowy dom. Normalnie wzbudziliby strach, a przynajmniej niepewność, a sam Roberts na ostatniej stronie bez ogródek dodaje, że postaci opisane w książce żyją w autodestrukcyjny sposób i nie zaleca ich naśladować. Spoko, nie zamierzam, ale nie zmienia to faktu, że ciepłym uczuciem obdarzyłam niemal każdą z tych postaci i niemała w tym zasługa samego autora.

Rzadko spotkać można tak grube książki, w których nie chce się przeskakiwać stron z przynudnawymi opisami, które nic nie wnoszą do akcji. W „Cieniu góry” takich zapychaczy właściwie nie ma. Ta powieść roi się od barwnych postaci, z których każda opowiada swoją własną historię. Ta powieść jest jak jeden wielki serial, ciekawe wątki przeplatają się ze sobą, czasami w zaskakujący sposób łączą, jeszcze bardziej wciągają w opisany w powieści świat. „Cień góry” to jednak w pewnym sensie „Shantaram” na bogato. Mniej to slumsów, a więcej bogactwa i szemranych interesów, a główne postaci są już w Bombaju od paru lat zadomowione. Ten miejscowy koloryt jednak i tak można wyczuć. Na kartach powieści pojawiają się targi rybne, kawiarnie i sklepiki, gwarne ulice, zapyziałe komisariaty policji, a monsunowy deszcz tak samo ulewnie spada na biedny i bogaty Bombaj, które oddziela od siebie bardzo cienka granica.

Roberts genialnie opisuje codzienność w indyjskim mieście, momentami bawi, wciąga, zachwyca, ale budzi też grozę, bo powieściowy Shantaram czyli Lin co rusz pakuje się w nowe tarapaty, zadziera z tymi, z którymi nie powinien, przemyca na Sri Lankę 20 kilogramów złota, a tuż przed finałem sam Bombaj staje się świadkiem wojny dwóch gangów walczących ze sobą o władzę.

W tej powieści wiele razy robi się naprawdę gorąco, ale Roberts zgrabnie i w odpowiednim momencie zmienia też zupełnie kurs na bardziej refleksyjne tematy i wspaniale pokazuje to spokojniejsze, bardziej uduchowione oblicze Indii. Jak dla mnie, udało mu się zachować idealną równowagę, a sama powieść, jedna z dłuższych jakie ostatnio czytałam, praktycznie ani razu nie zaczęła mi się dłużyć, raczej z obawą spoglądałam na numery stron i z przerażeniem odkrywałam, że szybko zbliżam się do końca.

W tej powieści jest właściwie wszystko, za co kocham książki. Jest w niej dynamiczna akcja. Wielowymiarowe, wyraziste postaci. Namiętna i jednocześnie romantyczna miłość. Miejsca zapadające w pamięć, które natychmiast chce się odwiedzić w rzeczywistości. Refleksje, które od razu trafiają prosto w serce. Za to wszystko pokochałam „Shantaram”. To samo odnalazłam też w „Cieniu góry”, a ponieważ nic nie wskazuje na to, że autor dopisze do tej historii ciąg dalszy, całkiem poważnie zaczynam się zastanawiać, czy nie zacząć czytania od nowa…
***
„Shantaram” to raczej męska, typowo awanturniczo-przygodowa powieść, ale z baśniowo-egzotyczną nutą. „Cień góry” jest pod tym względem podobny. Nie znaczy to jednak, że nie ma w tej powieści żeńskich postaci. Przeciwnie. Kobiet w „Cieniu góry” jest sporo, a każda z nich jest inna, wyrazista, na swój sposób dzika i niezależna. Jest spontaniczna artystka Lisa, ambitna dziennikarka Kawita, eteryczna hipiska z Norwegii, demoniczna madame Zhou, rozkapryszona córka bombajskiego bogacza Divya, niebezpieczna bojowniczka ze Sri Lanki o wdzięcznym pseudonimie Niebieski Hidżab, która regularnie strzela do swojego męża z rewolweru. I wreszcie jest ona, nieobliczalna Carla, która już w poprzedniej powieści na dobre i na złe skradła serce Lina.

Każda z nich ma swój styl, przykuwa wzrok, wodzi bohaterów powieści za nos i żadna z nich ani myśli dać zepchnąć się w kąt, tylko dlatego, że jest kobietą. Bohaterki tej powieści różnie się ubierają. Niektóre paradują w obcisłych spódnicach, inne wybierają jeansy, jeszcze inne stawiają się na zwiewne sukienki. Szukając stylizacji, która w jakiś sposób odda ducha „Cienia góry” wybrałam więc ciemne jeansy, sznurowane na wysokości kostki botki z frędzlami i długą, delikatną koszulę ze stójką, z rozszerzanymi rękawami, zadrukowaną we wzory, które od razu skojarzyły mi się z charakterystycznym, typowo indyjskim symbolem umieszczonym na okładce „Cienia góry”. Do kompletu dorzuciłam jeszcze tylko lakierowana kopertówkę w kolorze bladego różu, żeby trochę rozjaśnić całość, chociaż w tym zestawie równie dobrze spisałby się też zgrabny, mały, skórzany plecak albo pojemna shopperka.

To dobry zestaw na co dzień, na wieczór, w sam raz na koncert, ale i odpowiedni, żeby wsiąść jako pasażer na motocykl, wtulić się w plecy kogoś wyjątkowego i pognać nad wodę, żeby podziwiać zachód słońca albo na tytułową górę, żeby spotkać się z duchowym mistrzem, który, jak sam z rozbrajającą szczerością wyznaje, czasami musi rzucić mięsem, bo bywa naprawdę zmęczony byciem uduchowionym i miłym dla wszystkich, którzy go odwiedzają, a ni w ząb nie rozumieją o czym do nich mówi…