Myśl o powrocie tutaj wracała do mnie wiele razy w zeszłym roku. I jeszcze w poprzednim. I oczywiście w tym. Dochodziłam nawet do momentu, kiedy myślałam, że czas z tym skończyć i przestać w ogóle poświęcać czas na malutką stronę, która tylko istnieje sobie wśród tysięcy innych.
Kilka razy udało mi się jednak wrócić i tych kilka razy tylko uświadomiło mi, jak wielką frajdę mam z pisania. Brakowało mi tylko czasu, a może i słów, które spłynęłyby z moim palców na klawiaturę.
I w końcu się pojawiły, w dodatku z taką mocą, że mam wrażenie, że zwariuję, jeśli ich natychmiast nie zapiszę.
Paradoksalnie, a może i nie, moment ten pojawia się w tzw. blue Monday, kiedy ponoć wszystkie postanowienia noworoczne trafia szlag, a frustracja i rozczarowanie sobą dają o sobie znać z największą mocą.
Magia nowego roku mija, zostaje około 350 kolejnych dni, które najprawdopodobniej złożą się na lepszą lub gorszą, zwyczajną lub niezwykłą codzienność, którą przyporządkuje się do szufladki pamięci oznaczonej etykietą 2022.
Też miewam dni, kiedy zdaję sobie sprawę, że nie realizuję swoich postanowień. Wiele razy takie dni występują jeden po drugim, zdarza im się przeciągać w tygodnie, a nawet w miesiące. Ale to wcale nie znaczy, że o tych postanowieniach zapominam.
O tych najważniejszych pamiętam, a kiedy zaczynam naprawdę za nimi tęsknić, uświadamiam sobie, że są dla mnie ważne i dobre. I wtedy dzieje się magia, bo nagle zaczynam je bardzo konsekwentnie realizować, chociaż najczęściej bez większych fajerwerków, a raczej powoli i mozolnie, krok po kroku.
I właściwie dopiero niedawno to na mnie spłynęło. Już wiem, dlaczego postanowienia i plany składane sobie samej na tle kolorowych fajerwerków tak często nie działają.
Zwyczajnie nie są tak spektakularne jak one.
Wręcz przeciwnie.
Kryją się za nimi setki malutkich kroczków i ogrom kreciej roboty, w którą trzeba się zaangażować, a nierzadko ubrudzić się po same łokcie.
Im dłużej się też nad tym zastanawiam, tym częściej dochodzę do wniosku, że te sylwestrowe fajerwerki wcale nie są po to, żeby z hukiem przywitać Nowy Rok. Równie dobrze mogą być oprawą do tego, żeby pożegnać ten rok, który się właśnie kończy.
A razem z nim to co się w nim udało i to, co się nie udało, bo w rzeczywistości nie było takie ważne.
To, co było dobre i to, co było może nie tyle złe, co w jakiś sposób bolesne i być może właśnie dzięki temu wartościowe i rozwijające.
Tegoroczne fajerwerki były bardzo efektowne. Ba, w tym roku były nawet zimne ognie, których nie widziałam już od kilku jeśli nie kilkunastu lub więcej lat.
I pierwszy raz zadedykowałam je mijającemu rokowi i nie zaczarowałam w nich tegorocznych postanowień.
Co wcale nie oznacza, że ich nie mam.
Owszem, mam.
I to bardzo dużo.
Złożą się pewnie na setki mozolnych, mało efektownych małych kroczków. Być może niektóre okażą się totalną porażką. Być może początkowa porażka okaże się wielkim sukcesem albo początkowy sukces wielką porażką. Tego dziś nie wiem i właściwie nie chcę wiedzieć. I właśnie to jest w tym wszystkim najfajniejsze.
Banalne, pozornie nic nie znaczące codzienne kroczki, kiedy połączę je za tych około 350 dni, mogą złożyć się na całość, która przyćmi blask przyszłorocznych fajerwerków. Właśnie to ogromnie motywuje mnie, żeby działać i zmieniać, siebie i swoją codzienność.
I właśnie tego życzę Wam wszystkim. Wspaniałych przyszłorocznych fajerwerków, które będą tylko dopełnieniem tego, co małymi kroczkami realizowaliście przez tych 365 z pozoru tylko banalnych dni.
Czy te noworoczne życzenia są spóźnione? Nie sądzę, bo nowy początek jest przecież zawsze dziś.